Witajcie! I nadszedł ten wielki dzień, kiedy to Gilderoy Lockhart trafi do Hogwartu i zostanie przydzielony do jednego z jego czterech domów. Tradycja jest tradycją i trzeba jej dotrzymać. Jednak po raz pierwszy w naszej historii to Wam pozwoliliśmy wybrać, do którego z nich trafi: Gryffindor, Slytherin, Ravenclaw czy Hufflepuff? Zapraszam do czytania nowego rozdziału i przekonajcie się jak głosowaliście w naszej "facebookowskiej" ankiecie. Dobrej zabawy!
Peron, na którym wysiedli był bardzo ciemny, odrobinę światła rzucały jedynie naftowe latarnie na czarnych, wymyślnych słupach. Tłum uczniów pomału wylewał się z pociągu. Niektóre osoby wyglądały na nieco zdezorientowane, inne pewnie kroczyły w sobie tylko znanym kierunku.
- Idźcie do Hagrida - powiedziała Marlena, która nie wiadomo skąd pojawiła się tuż obok nich.
Wskazała na ogromnego mężczyznę, gabarytów co najmniej dwóch normalnych osób, stojącego przy końcu peronu z latarnią w ręce. Włosy miał potargane i wyglądał bardzo nieokrzesanie, broda zasłaniała mu prawie całą twarz. Tubalnym głosem nawoływał pierwszoroczniaków.
Skinęli głową na pożegnanie Marlenie i dołączyli do gromadki uczniów tłoczących się już wokół olbrzyma.
- Wszyscy są? - zapytał po chwili Hagrid. - No to idziemy.
Zeszli z peronu kamiennymi schodkami i otoczyła ich ciemność. Jedynie dyndająca na ręce mężczyzny latarnia wskazywała im drogę.
Szli w ciszy, po czymś co musiało być leśną ścieżką. Gilderoy nie wiedział, ile czasu to trwało, gdy nagle to zobaczył... W oddali na wysokiej skarpie stał monumentalny, średniowieczny zamek. Trudno w to uwierzyć, ale piękniejszy nawet od tego w Edynburgu. W blasku księżyca emanował dostojeństwem i ciepłem. Noc wokół niego jakby stawała się jaśniejsza. Było w nim coś, co Gilderoya uspokajało, jakby wszystkie obawy jakie miał prysły na widok Hogwartu.
Z ust chłopca wyrwało się krótkie: OCH. Podobnie jak z ust kilku innych uczniów. W świetle latarni oczy Veroniki lśniły dziwnym blaskiem i pojawiło się w nich coś czego jeszcze nigdy nie widział, jakby wzruszenie połączone z rozmarzeniem.
- Chodźmy - powiedziała, ciągnąc go za tłumem, który ruszył już w dół stromą ścieżką prowadzącą do czerniejącego na jej końcu jeziora. Czekało tam na nich dziewięć łódek.
Zrobiło się małe zamieszanie:
- Po czterech do jednej! Żeby mi więcej nie było! - Starał się zapanować nad rozgardiaszem Hagrid.
Veronika i Gilderoy wybrali jedną z najbliższych, w której siedziała już jakaś nafukana dziewczyna o długich, brązowych, falowanych włosach. Nie odpowiedziała na powitanie, zmierzyła ich tylko chłodnym spojrzeniem stalowoniebieskich oczu i odwróciła głowę. Zaraz potem dołączył do nich jakiś wyniosły chłopiec, który do tej pory obserwował całe zamieszanie z wchodzeniem do łodzi stojąc z boku z założonymi rękami. Miał ciemnobrązowe oczy i czarne włosy z idealnie równym przedziałkiem na środku. Dystyngowanie skinął im głową, aby się przywitać i usiadł z tyłu ich łódki. Siedział tak sztywno, jakby połknął kij od miotły. Gilderoy rzucił pytające spojrzenie Veronice. Wzruszyła tylko ramionami.
Tajemniczy chłopiec musiał być ostatnią osobą, która zajęła miejsce, bo zaledwie to zrobił, cała flotylla ruszyła w stronę skarpy, na której wznosił się Hogwart. Jakby sama skała ich do siebie przyciągała. Zbliżali się coraz bardziej, aż w końcu Szkoła Magii i Czarodziejstwa zniknęła im z oczu. Widzieli tylko ciemną ścianę skarpy, oświetloną przez przyczepione do łódek latarenki.
- SCHYLIĆ GŁOWY - dobiegł ich głos Hagrida.
Łodzie kolejno zaczęły wpływać do tunelu wydrążonego w skale.
Tunel był tak wąski, że łódki ledwo się w nim mieściły. Głowy trzeba było trzymać bardzo nisko, aby nie uderzyć w jego sklepienie. A potem ich oczom ukazała się podziemna grota i zbudowana w niej przystań. Ich łodzie kolejno dobijały do brzegu. Niepewnie wyszli na kamienne nadbrzeże.
Kiedy Hagrid przekonał się, że wszystko w porządku, poprowadził ich po stromych, śliskich od wody i porostów schodach wijących się w górę. Drogę oświetlały im przymocowane do ścian pochodnie. Gdy znaleźli się u szczytu, wyszli na świeżą, mokrą od deszczu trawę w cieniu zamku. Olbrzym zatrzymał ich przed kamiennymi schodami. Sam wspiął się po nich, uniósł ogromną dłoń i zapukał trzy razy w potężne dębowe drzwi.
Otwarły się natychmiast i wypadł z nich snop światła, rozjaśniając twarze zgromadzonych tutaj jedenastolatków. Na progu stanął jakiś czarodziej w ciemnozielonej eleganckiej szacie i dopasowanej do niej tiarze. Wyglądał na osobę w dość podeszłym wieku, a brązowa broda sięgała mu już niemal do pasa. Omiótł wzrokiem pierwszoroczniaków i w jego ciemnozielonych oczach pojawiły się iskierki radości.
- Moi nowi słuchacze! - ucieszył się. - Hagridzie, wejdź do środka. Zaraz przyjdziemy.
Odczekał, aż olbrzym znajdzie się w zamku i spojrzał na nowych uczniów:
- Jednego widza mniej, ale to nic. Witam was w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart! - powiedział mocno postawionym głosem, szeroko rozkładając ręce we geście powitania. - W uczelni o wielowiekowej tradycji, jednej z najstarszych w Europie. Ja nazywam się Herbert Beery i jestem zastępcą dyrektora. Jak zapewne pamiętacie, również ja napisałem te wszystkie listy, które dotarły do was w lipcu. Zanim jednak rozpoczniecie naukę w murach tej wszechnicy magii, weźmiecie udział w Ceremonii Przydziału, która rozpocznie się już za kilkanaście sekund. W jej trakcie dołączycie do jednego z czterech domów, które jak monumentalne kolumny budują i wspierają szkołę. Lub czasami ją rujnują - dodał na stronie. Mówił cały czas wykonując teatralne ruchy. - Każdy z domów dał światu wielkich magów i przedstawicieli każdego z nich możecie znaleźć na kartach z Czekoladowych Żab - wtrącił cicho. - Byli wśród nich bohaterowie, wynalazcy i... czarnoksiężnicy. Jeżeli będziecie mieć szczęście, traficie do mojego domu, Hufflepuffu. Jeśli nie, też nie ma co płakać. Gryffindor, Ravenclaw i Slytherin zapewnią wam równie dobre warunki do rozwoju waszych talentów i tak samo pomogą zostać wam kimś wyjątkowym, kimś kim tylko wy możecie się stać...
Gilderoy niepewnie patrzył na tego dziwnego czarodzieja. Wyraźnie lubił przemawiać do większej rzeszy słuchaczy.
- Nie masz wrażenia, że to jakiś niespełniony artysta? - szepnął do Veroniki.
- Oj, mam - odparła dziewczyna. Stała obok i z lekkim, pobłażliwym uśmiechem przyglądała się profesorowi.
Niedługo potem, gdy już wszyscy zdążyli trochę zmarznąć, Herbert Beery zakończył swój występ, skłonił się nisko i dodał:
- A teraz ruszajcie za mną ku swojemu przeznaczeniu.
W końcu przekroczyli próg zamku i Gilderoyowi pomału zaczęło robić się cieplej. Sala wejściowa była tak ogromna jak widownia ze sceną w operze razem wzięte. Być może większa. Na wyższe piętra prowadziły monumentalne, marmurowe schody.
W luźnej grupie, profesor Beery przeprowadził ich przez drzwi po lewej stronie. Przy czterech stołach siedzieli już uczniowie starszych roczników. Bacznie przyglądali się pierwszoroczniakom prowadzonym przez zastępcę dyrektora ku stołowi nauczycielskiemu na drugim końcu sali. Gilderoya bardziej interesowały polatujące nad stołami świece, napełniające pomieszczenie ciepłym światłem. Później jego uwagę przyciągnęło sklepienie sali. Wydawało mu się, że wygląda dokładnie tak, jak niebo, pod którym jeszcze przed chwilą stali. Wskazał je Veronice, a ona znów się tylko uśmiechnęła. Nie było jednak czasu, aby coś jej powiedzieć, bo właśnie dotarli do podwyższenia, na którym znajdował się stół profesorów. Na zdobionym fotelu po jego środku siedział sam dyrektor - Albus Dumbledore. Gilderoy słyszał wiele razy, że profesor jest jednym z największych czarodziejów współczesności. Sam dziadek Constantine wiele razy opowiadał o walce Dumbledore'a z Gelletrem Grindelwaldem, najpotężniejszym czarnoksiężnikiem tego stulecia, której był naocznym świadkiem. Podobno był to niezapomniany pojedynek, kładący kres okropieństwom, jakie wyprawiał rzeczony czarnoksiężnik. Gilderoy nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że stoi właśnie przed tym wielkim czarodziejem. Dobrze pamiętał te siwe włosy, drugą brodę i okulary połówki na zakrzywionym nosie z karty z Czekoladowych Żab Dumbledore'a.
Przed stołem stał drewniany stołek o trzech nogach, a na nim spoczywała stara, wyświechtana tiara. Wszyscy nauczyciele się w nią wpatrywali, więc Gilderoy zrobił to samo. Drgnęła, szef koło ronda puścił, układając się na kształt groteskowych ust i tiara zaczęła śpiewać:
Oto są mury Hogwartu
Blisko tysiąc lat stoją
Oto jestem ja także
Od wieków związana z tą szkołą.
Pamiętam dobrze czasy
O których możecie wy marzyć
Gdy czterech potężnych magów
Postanowiło Hogwart założyć.
Godryk Gryffindor, odważny
Nie zląkł się tego wyzwania,
Salazar Slytherin był sprytny,
żadna to sztuka dla druha.
Helga Hufflepuff, wytrwała
w trudach ich zawsze wspierała,
A Rovena Ravenclaw mądrością
Każdy problem rozwiązać umiała.
Gdyby im się udało
Wytrwać w tej przyjaźni
Tiara Przydziału byłaby zbędną
Lecz zabrakło im wyobraźni.
Wiele lat się buduje,
A niszczy w jednej chwili,
Gdy złość przyćmi rozsądek,
A każdy inne plany snuje.
Tak się zdarzyło tutaj
I mroczne nadeszły czasy
Trwać to nie mogło długo
By trudy nie poszły w lasy.
Choć wszyscy już pokłóceni,
Choć każdy jak głaz uparty,
Raz jeszcze spróbowali
Zagrać w otwarte karty.
Wiedzieli, że nie ustąpi żaden,
Że nie pójdą już równym krokiem
Lecz Hogwart powinien istnieć
To było wspólnym wyrokiem.
Lecz Salazar krzyczy,
Że hańba to dla maga
Uczyć dziecko człowieka,
Który magią sam nie włada,
Że mówić mogą co zechcą,
Owszem, na inne się zgodzi
Lecz uczyć będzie tylko przebiegłego, sprytnego,
Co się z braci magicznej wywodzi.
Na to Rovena wstała,
Dobitnie powiedziała,
Że nikogo kto wiedzy nie ceni
Nie będzie nauczała.
I Godryk się odezwał,
Że na nic wiedza, pochodzenie,
Że tylko odwaga i męstwo,
To dla czarodzieja chwała.
Takich chce uczniów przyjmować,
Takim przekazać orędzie,
Inni są dlań cieniami,
Nie zmieni zdania w tym względzie.
Załamała ręce Helga
Nad uporem przyjaciół,
Wpierw gorzko zapłakała,
Potem szepnęła cicho,
Że dla niej nie ma podziałów
Lecz to co się właśnie stało
Najlepszym dowodem tego,
Że największą wartością być winny
Przyjaźń, skromność i wierność.
Nauczać będzie wszystkich,
Których tamci nie zechcą,
A historia rozstrzygnie potem
Kto miał rację z tym kłopotem.
Spór złagodzono, rozwiązano sprawę,
Szkołę rozdzielić trzeba,
Każdemu tron własny stworzyć,
Aby wyrok wydały nieba.
By jednak uczniowie zawsze
W właściwe trafiali progi
Niezależny sędzia potrzebny,
Co nikomu nie będzie wrogi.
Z nowych marzeń magów
Stworzono mnie, Tiarę,
Tiarę Losu, Przydziału,
Co rozróżnia prawdę i marę.
Tak jak w dawnych latach,
Tak dzisiaj was przydzielę
Abyście rozwinęli talenta,
Młodzi przyjaciele.
Wolę czarodziejów upartych
Jak zawsze przykładnie spełnię,
Lecz wskażę tylko drogę,
Nie wydam wyroku.
Wasze przeznaczenie
W waszych spoczywa rękach,
Każdy się myli, przewraca,
Przed losem nie klęka.
Więc włóżcie mnie na głowę,
Zajrzeć dajcie w serce,
Wyznaczę wam kierunek
Lecz nie stwierdzę faktu,
Każdy kto z was zechce
Zmienić może wszystko,
Gdy w sercu zagości
Spryt, wierność, odwaga i bystrość.
Zamilkła i znieruchomiała, a przy pięciu stołach rozległy się oklaski. Tymczasem profesor Beery rozwinął trzymany w ręku pergamin:
- Wyczytam teraz nazwiska naszych pierwszorocznych uczniów - oznajmił, gdy w Wielkiej Sali znów zapanowała względna cisza. - Każdy z nich kolejno podejdzie tutaj, usiądzie na stołku, a ja wkładam mu Tiarę Przydziału na głowę. Później grzecznie powędruje do stołu swojego domu. Wszystko jasne? - Spojrzał na jedenastolatków. - No to zaczynamy. Charity Athenley.
Przez wszystkich pierwszoroczniaków przecisnęła się do przodu blond dziewczynka w wypłowiałej szacie Hogwartu. Gilderoy widział ją już na peronie 9 i 3/4, gdzie stała zupełnie sama. Teraz dość pewnie usiadła na stołu, a po chwili:
- HUFFLEPUFF! - zawołała Tiara.
Rozległy się oklaski, najgłośniej klaskali uczniowie przy jednym ze środkowych stołów, do którego chwilę potem podeszła Charity.
- Flavius Belby - wyczytał profesor Beery.
- RAVENCLAW!
Następnie prawdopodobnie rodzeństwo siostra i brat Bole, powędrowali do Slytherinu, Irving Bones został drugim pierwszoroczniakiem w Hufflepuffie, a Gale Bonham jako pierwsza przydzielona została do Gryffindoru.
Carrow, Cattermoler, Cornfoot, Cresswell, Crouch... Gilderoy z coraz mocniej bijącym sercem obserwował jak grupa pierwszorocznych bez przydziału się kurczy. Jeszcze chwila i nadejdzie jego kolej:
- Évelyne Dubois - zawołał profesor.
Z szeregu wystąpiła dziewczyna, która płynęła z nimi w łódce i z obrażoną miną zasiadła na krześle. Tiara dość długo zastanawiała się nad przydziałem:
- RAVENCLAW! - oznajmiła w końcu.
Sheridan Edgecombe został Ślizgonem, a Stephany Fletcher Puchonką, tam nowych uczniów witano chyba najserdeczniej.
- Melissa Fortescue.
Gilderoy drgnął na dźwięk tego nazwiska. Marlena i Florian nic nie wspominali o tym, że do Hogwartu jedzie jeszcze ktoś z ich rodziny. A dziewczynka o kędzierzawych włosach już została przydzielona do Ravenclawu.
... Gamp, Goyle, Harper...
Berta Jorkins siedziała na stołku bardzo długo, jak dotąd najdłużej ze wszystkich, nim stała się Krukonką.... David Levieaux...
- Gilderoy Lockhart.
Do chłopca nie od razu to dotarło.
- To ty - szepnęła Veronika i pchnęła go do przodu tak, że omal się nie potknął.
Rzucił jej spojrzenie pełne wyrzutu. Przecież mógł wyjść na niedojdę przed całą szkołą. Z drugiej strony, jaki byłby wstyd, gdyby w ogóle nie ruszył się z miejsca.
Usiadł na krześle i dopiero teraz zauważył wpatrujące się w niego dziesiątki oczu. Poczuł, że profesor Beery zakłada mu na głowę Tiarę Przydziału. Siedział i czekał.
- Trudna zagadka do rozwiązania - usłyszał cichy szept, tak nagle, że aż się wzdrygnął. Dopiero wtedy zrozumiał, że to Tiara Przydziału przemawia do niego. - Masz swój rozsądek, sporą wiedzę, ale który dom pozwoli tak delikatnej osobie dalej to rozwijać...
Szybciej, przemknęło Gilderoyowi przez głowę. Pomału zaczynał się obawiać, że siedzi tutaj już bardzo długo, a nie chciał pobić rekordu Berty Jorkins. Co by sobie pomyśleli nauczyciele i pozostali uczniowie...
- Boisz się opinii innych? - usłyszał znów ten sam głos. - No cóż... W takim razie tam będziesz bezpieczny... HUFFLEPUFF!
Ostatnie słowo Tiara wypowiedziała już na całą salę. Gilderoy odetchnął z ulgą - dostał przydział! Cały rozpromieniony spojrzał na Veronikę. Uniosła kciuk do góry. Zastępca dyrektora zdjął mu z głowy tiarę i chłopiec mógł ruszyć w stronę stołu swojego nowego domu. Starsi Puchoni poklepywali go po plecach i serdecznie witali w swoich progach. A Gilderoy coś sobie właśnie uświadomił. Teraz to już na pewno mama stwierdzi, że jest bardziej podobny do ojca, niż do niej. No ale, może to jakoś przeżyją, mógł pomyśleć o tym wcześniej i spróbować poprosić tę czapkę, żeby przydzieliła go tam, gdzie niegdyś jego matkę...
A Frank Longbottom i Kent MacDaugal powędrowali już do Gryffindoru...
- György Meszaros.
Z szeregu pierwszorocznych wystąpił chłopiec z łódki. Jego nazwisko wydało się świeżo upieczonemu Puchonowi dziwnie znajome, ale w tej chwili nie wiedział skąd. György dumnie zasiadł na krześle i niemal natychmiast:
- SLYTHERIN!
Nie okazując żadnych emocji, chłopak usiadł przy odpowiednim stole, nie odzywając się do nikogo ani słowem.
Chwilę potem dołączyli do niego Anne Montague i Albert Runcorn, a June Shimpling została Gryfonką.
- Veronica Smethley - wyczytał profesor Beery.
Veronica niemal podbiegła do stołka. „Ciekawe, czy dotrzyma słowa” pomyślał Gilderoy zaciskając kciuki, gdy Tiara Przydziału spoczęła na jej kasztanowych włosach. A po minucie, która chłopcu wydawała się być wiecznością:
- HUFFLEPUFF!
Veronica usiadła obok Gilderoya:
- A nie mówiłam - szepnęła, nie zwracając uwagi na powitania. - Było ciężko, ale się udało.
Zaraz później dołączyli do nich Oswald Smith i Christian Vector. Sara White trafiła do Ravenclawu, a po:
- Maria Zabini.
- SLYTHERIN!
Ceremonia się zakończyła.
Gdy zastępca dyrektora wynosił Tiarę Przydziału, powstał sam Albus Dumbledore:
- Witajcie! Witajcie w nowym roku szkolnym w Hogwarcie! - powitał ich, rozkładając szeroko ramiona. - Jak co roku, powiem kilka słów, zanim najecie się do syta i dopadnie was syndrom pytona. Oczywiście, profesor Beery prosił mnie, aby również on mógł przemawiać...
Rozległy się głośne jęki.
- Nie martwcie się - uciszył ich Dumbledore. - Grzecznie poinformowałem go, że na uczcie powitalnej ten przywilej posiada jedynie dyrektor.
Przez Wielką Salę potoczyły się oklaski.
- Nie wiem jednak, czy ta sama zasada obowiązuje w Noc Duchów, więc przygotujcie się zawczasu.
- Przemówienia Berry'ego są strasznie długie. Lubi być w centrum uwagi - wyjaśnił zdezorientowanym pierwszorocznym Puchonom jakiś chłopak z odznaką prefekta na piersi. - Nie twierdzę, że są nudne, wręcz przeciwnie, można uśmiać się do łez, ale równie dobrze można paść z głosu zanim skończy.
Tymczasem wszyscy nastękali się już do woli i Dumbledore podjął temat:
- Jak co roku, odkąd zostałem dyrektorem, mamy zmianę na stanowisku profesora obrony przed czarną magią. Powitajcie wraz ze mną, mojego serdecznego przyjaciela Elfiasa Doge'a i obiecajcie, że nie wpędzicie go w załamanie nerwowe, jak waszego poprzedniego nauczyciela.
Siedzący obok niego pulchny jegomość o obwisłych policzkach i ogromnych oczach wstał i lekko skinął głową. Rozległ się aplauz uczniów, co mogło być również zapewnieniem, że tego profesora postarają się nie wykończyć.
- Dalej, na pewno wielu z was się ucieszy, nasz woźny, Apollyon Pringle, postanowił przejść na emeryturę. Zastąpi go jego dotychczasowy pomocnik, Argus Filch. Nie zmienia to faktu, że wstęp do Zakazanego Lasu jest wciąż niedozwolony.
Nowy dozorca stał przy drzwiach wejściowych i gładząc po grzbiecie jakieś kociątko tak, jakby czyścił kominek, szczerzył żółtawe zęby w sztucznym uśmiechu. Tym razem zaklaskali tylko pierwszoroczniacy.
- I tym optymistycznym akcentem, chciałbym zakończyć moje nudnawe i stanowczo za długie przemówienie - skwitował dyrektor. - Wsuwajcie.
Na stole pojawiły się znikąd najróżniejsze smakołyki. Taki wybór dań Gilderoy do tej pory widywał tylko po ważniejszych premierach i w hodowli Blacków. Bez namysłu nałożył sobie pokaźną porcję pikantnego węgierskiego gulaszu i sięgnął po dwie bagietki. A na zjedzenie czekały jeszcze kotlety, udka kurczaka, kiełbaski, talerze frytek i ziemniaczane puree. Bardzo trzeba było uważać, aby się nie przejeść.
Niektórzy z nowych Puchonów już teraz postanowili bliżej poznać swoich kolegów z roku. Irving Bones, jak się okazało brat prefekta, który udzielał im informacji o profesorze Beerym, opowiadał siedzącej obok dziewczynie o swojej młodszej siostrze, która nie może się już doczekać, kiedy pójdzie do Hogwartu. Natomiast Veronica rozmawiała już w najlepsze z Charity Athenley, siedzącą naprzeciwko. Dowiedziała się już, że Charity wychowała się w domu dziecka, a teraz wprowadzała ją w tajniki magicznych środków podróżowania. Nic dziwnego, ojciec Veroniki był szefem Departamentu Transportu Magicznego. Siedzący obok niej Dirk Cresswell, pochodzący z mugolskiej rodziny, przysłuchiwał się temu z ogromnym zainteresowaniem. Gilderoy nie wtrącał się do rozmowy. Wiedział już, że nie należy przerywać, gdy kobiety rozmawiają. Skupił się więc na pochłanianiu kolejnych dań i rozmyślaniu o tym, co powie jego mama, gdy dowie się, że trafił do Hufflepuffu. No i co ona może teraz robić...
Z zamyślenia wyrwała go "zmiana dekoracji" – dania główne zniknęły, w ich miejsce pojawiły się desery.
- Lubisz tort czekoladowy, prawda? - zagadnęła Veronica, nakładając jemu i sobie spory kawałek. - Popij sokiem dyniowym.
I w tej samej chwili zewsząd zaczęły pojawiać się duchy. W pierwszym momencie Gilderoy pomyślał, że to jakieś złudzenie wywołane przejedzeniem, bo było ich około setki. Stanowczo za dużo jak na jedno miejsce. Potem podleciał do nich duch jakiegoś duchownego o pulchnej twarzy, który przedstawił się jako Gruby Mnich, rezydent Hufflepuffu.
- Jeśli kiedyś będziecie potrzebować rady lub pomocy, chętnie wam jej udzielę - powiedział, po czym zajął jedno z wolnych miejsc.
Przy stole Gryffindoru duch w kryzie urządzał jakieś przedstawienie, a wyniosła szara zjawa kobiety przysiadła się do stołu Ravenclawu. Ślizgoni niepostrzeżenie starali się odsunąć od swojego rezydenta. Inne widma polatywały tu i tam, bacznie obserwując uczniów. W końcu Gilderoya przestało to interesować i skupił się na tym co na stole.
Bezy, kremówki, leguminy, croissanty z czekoladą i... miętówki oraz cytrynowe dropsy. Te ostatnie starsi uczniowie z lubością pakowali w kieszenie obszernych szat. Talerze pomału pustoszały, a senność zaczynała malować się na twarzach uczniów Hogwartu. Na sklepieniu można było dostrzec coraz więcej gwiazd... Czy tam w ogóle było jakieś sklepienie...
Ponownie powstał dyrektor:
- Cóż, wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć - oznajmił. - Jutro musicie wcześnie wstać, więc odśpiewajmy nasz szkolny hymn i znikajcie do łóżek. Każdy wybiera swoja ulubioną melodię i...
Siedząca obok Dumbledore'a wysoka kobieta o ostrych rysach poważnej twarzy jęknęła tak głośno, że nawet Gilderoy to usłyszał. Dumbledore zupełnie się tym nie przejął. Strzepnął lekko różdżkę i wystrzeliła z niej wstęga z zapisanym tekstem.
- No to co? Dajemy czardasza? - zagadnęła Gilderoya Veronica.
- Jasne - odparł chłopiec i zaczął śpiewać wraz z nią i resztą szkoły.
Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas choć trochę czegoś!
Czy kto młody z świerzbem ostrym,
Czy kto stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy
Farszem czegoś ciekawego,
Bo powietrze je wypełnia,
Muchy zdechłe, kurzu wełna.
Naucz nas, co pożyteczne,
Pamięć wzrusz, co ledwie zipie,
My zaś będziem wkuwać wiecznie,
Aż się w próchno mózg rozsypie!
Uczniowie pomału kończyli śpiewać, a Gilderoy i Veronica mozolnie starali się dopasować słowa do melodii. I skończyli jako jedni z ostatnich.
- Trzeba było wybrać tę szybką część - mruknęła Veronica.
Dumbldore jednak patrzył na nich z aprobatą. Za to György Meszaros dziwnie im się przyglądał.
- Ale trzeba przyznać, że głos to ty masz dobry - powiedział do niej Gilderoy, gdy wstawali od stołu. - Nie to co moja mama, ale...
- Twojej mamie to mało kto dorówna - ucięła szybko Veronica. - Nawet moi rodzice uważają, że stale siedząc w Wielkiej Brytanii się marnuje.
Zanim chłopiec zdążył jej sensownie odpowiedzieć tuż obok pojawiła się Marlena Fortescue:
- Idźcie z Edgarem Bonesem, zaprowadzi was do waszego pokoju wspólnego - powiedziała szybko. - Ja muszę odprowadzić do wieży Ravenclawu swoich pierwszorocznych. Nasz prefekt coś źle się poczuł. Podejść po was jutro przed śniadaniem? Co prawda droga jest prosta, ale...
- Tak, podejdź - przerwała jej szybko Veronica, bo przy Edgarze zebrali się już wszyscy ich pierwszoroczni. - Może być o siódmej?
Marlena z uśmiechem skinęła głową, a oni dołączyli do grupki Puchonów, podążającej za swoim prefektem. Ten przeprowadził ich przez salę wejściową, a potem drzwi z ciemnego drewna po przeciwnej stronie schodów, niż zniknęli Ślizgoni. Znaleźli się w dość przytulnym, niskim korytarzu wyścielanym puchatym dywanem i oświetlonym blaskiem tkwiących w naściennych kandelabrach świec i obwieszonym, portretami różnych czarodziejów w złotych ramach.
Droga może i była prosta, ale bardzo trzeba było uważać pod nogi. Co jakiś czas znienacka pojawiały się po dwa - trzy schodki, po których trzeba było bezpiecznie zejść. Schodzili coraz niżej i niżej, zapewne byli już pod ziemią. W końcu Edgar Bones zatrzymał ich w połowie jednego z korytarzy. Na ścianie wisiał portret jakiegoś czarodzieja w musztardowej szacie. Do złudzenia przypomniał świętego Mikołaja z brązową brodą. Spojrzał wyczekująco na prefekta.
- Kapryfolium - powiedział Edgar.
Obraz natychmiast się przesunął, ukazując za sobą krótki, wyściełany tunel. Przeszli nim do niskiego, przytulnego pomieszczenia. W przeciwległą ścianę wmurowany był ogromny kominek, w którym wesoło trzaskał ogień. Nad nim wisiał arras z herbem Hufflepuffu - borsukiem na żółtym tle. Po jego dwóch stronach znajdowały się jedyne w tym pokoju, wysoko umieszczone okna. W tej chwili widać było przez nie tylko bezkresną ciemność. Podłogę pokrywał puszysty, miodowy dywan, na którym leżało mnóstwo poduszek. Między nimi przy brązowych stoliczkach z ustawionymi na nich lampkami naftowymi stały zupełnie nie pasujące do siebie głębokie fotele - wyglądające na bardzo wygodne.
- Witajcie w pokoju wspólnym Hufflepuffu - powiedział Edgar Bones ziewając potężnie. - Sypialnie dziewcząt są po prawej stronie od kominka, chłopców po lewej. Pierwszy rok zajmuje szóste piętro. Wasze rzeczy już tam są. Życzę wszystkim kolorowych snów. Aha, zbiórka na śniadanie dla tych, którzy nie pamiętają drogi do Wielkiej Sali jutro około ósmej.
I po kolejnym ziewnięciu ruszył do swojego dormitorium. A za nim większość pierwszorocznych chłopców. Gilderoy został jeszcze chwilę, aby pożegnać się z Veronicą. Kiedy w końcu, ciężko dysząc, dotarł do swojej nowej sypialni, pięć z sześciu łóżek było już zajętych, a Oswald Smith próbował wszystkimi dyrygować, a przynajmniej być w centrum uwagi. Inni chłopcy zupełnie nie zwracali na niego uwagi i przebierali się w piżamy tylko od czasu do czasu zerkając na niego spode łba. Gilderoy poszedł więc w ich ślady. Miał nadzieję, że mama spakowała mu wszystko co potrzeba. I może jakieś korki do uszu, bo obawiał się, że w tym harmidrze jaki robili jego współlokatorzy, zwłaszcza Reg Cattermole siłujący się ze swoją żabą drzewną, trudno będzie zasnąć. Nie był przyzwyczajony do towarzystwa w swoim pokoju. Ale to w końcu tylko siedem lat. I ewentualnie można wyżalić się Veronice, w końcu jest taka wyrozumiała. Jakoś da radę...