- Gratuluję córeczko! - W ich domu właśnie pojawił się dziadek Constantine, wymachując najnowszym wydaniem "Proroka Codziennego".
Gilderoy jadł płatki kukurydziane, starając się przypomnieć sobie w jaki sposób wrócił wczoraj do domu. Z mizernym skutkiem, bo wtedy chyba mocno spał.
- Nie wiem, czy jest czego gratulować - zauważyła sceptycznie mama, składając pranie.
- Piszą o tobie w samych superlatywach - wpadł jej w słowo dziadek. - Podobno Blackowie proponowali ci, abyś została do końca wyścigów jako ich gość.
- Wolałabym za bardzo nie rzucać się w oczy....
To co "wolałaby" mama nie miało większego znaczenia. Nie mogło to zmienić faktu, że artykuł opatrzony był jej zdjęciem w szaleńczym tańcu z Alphardem Blackiem i ich wyimaginowana znajomość wzbudzała niemal tyle samo emocji co niewątpliwy talent Violi Lockhart. Obie sprawy były jakby złączone ze sobą węzłem gordyjskim - jeśli w sierpniu 1969 roku pisano o jednym, wspominano też o drugim. Dziadek miał świetną zabawę z wyszukiwaniem informacji na ten temat i komentowaniem ich przy śniadaniu. Nawet mama zaczęła się z tego śmiać, zwłaszcza po liście od ojca Gilderoy'a, w którym wyraźnie zazdrosny pan Lockhart pisał, że: "do niego ma pretensje, a jak widać, sama sobie nieźle poczyna”.
- No, proszę. Jeden taniec z przystojnym mężczyzną, a tyle wzbudza emocji - skomentowała.
Poza tym przyszło trochę gratulacji od jej dawnych znajomych ze szkoły i Magicznego Konserwatorium Muzycznego z Wiednia, a co za tym dalej idzie, zaproszenia do udziału w nowych koncertach, a nawet propozycja zagrania głównej roli w międzynarodowym przedstawieniu muzycznym, które miało być przygotowywane w Hiszpanii.
- Pojedziesz? - zapytał Gilderoy, bo ciągłe namowy dziadka, aby to zrobiła, trochę go niepokoiły.
- Najpierw wyślę ciebie do Hogwartu - odparła mama, pomału wkładając do jego kufra potrzebne rzeczy.
- A pan Warrington by cię puścił?
- Gdzie dałeś swoją tiarę?
- I spróbuj coś wyciągnąć od kobiety - mruknął Gilderoy, odchodząc, aby poszukać zagubionego nakrycia głowy.
Mama była w ferworze przygotowań i coraz częściej jego uwagi spotykały się z komentarzami, że coraz bardziej przypomina ojca.
- Viola, nie kupiłaś za dużo oczu ropuchy?
Że co? Chłopiec szybko zrobił w tył zwrot, żeby znaleźć się w centrum wydarzeń. W ich mieszkaniu zjawiła się Emily Sparrow i o dziwo nie ułożyła się na kanapie.
- Natalia użyła naszych zamiast kulek do gargulków i nie mam czego zapakować Veronice do Hogwartu.
- Mogę ci trochę odsypać - westchnęła mama, idąc do kuchni i szukając jakiegoś słoja.
- Xena mówiła, że masz ostatnio duże powodzenie...
- Wiesz, że ona lubi dużo mówić - odparła mama na tę jawną prowokację. - Tyle wystarczy?
Było tego pół słoika. I nie wyglądało za ładnie.
- A dla mnie ile zostaje? - wtrącił się Gildeory.
- Znalazłeś tiarę?
Ostatnią noc przed wyjazdem do Hogwartu, Gilderoy'owi przyszło spędzić w Dziurawym Kotle. Mama po konsultacji z dziadkiem, stwierdziła, że tam o wiele trudniej będzie mu pogubić szkolne wyposażenie, za to dużo łatwiej dostać się na czas na King's Cross. Z Edynburgiem na długie cztery miesiące przyszło mu pożegnać się już z samego rana ostatniego dnia sierpnia. Podczas śniadania mama wciąż biegała po mieszkaniu, wrzucając do kufra Gilderoy'a ostatnie potrzebne rzeczy, takie jak bielizna, piżama, skarpetki... Różdżka i rękawice ze smoczej skóry, które wczoraj on sam z niego wyjął. I oczywiście teleskop, przy pomocy którego wczoraj wieczorem obserwował mieszkających na przeciwko mugoli. Chyba nie była tym zachwycona. Dziadek spokojnie przeglądał przyniesioną przez sowę gazetę.
Następnie krótki spacer po Edynburgu i długa podróż Błędnym Rycerzem. Rzucało nimi i obijało przez dobre półtorej godziny. Wysiedli przed Dziurawym Kotłem i dziadek wspólnie z konduktorem wypakował ich bagaże, a potem zniknął, lewitując je przed sobą do wynajętych pokoi na piętrze.
Pogoda była wyjątkowo zachęcająca do długiego spaceru po Pokątnej. Zjedli po owocowym deserze w Cukierni Sugarplum, na wniosek Gilderoy'a odwiedzili aptekę, żeby dokupić mu składników eliksirów, zajrzeli do Magicznego Centrum Eylopa w poszukiwaniu przysmaków dla sów i wstąpili do kawiarni Fortescuesów na białą, mrożoną czekoladę z truskawkami, reklamowaną w dzisiejszym "Proroku Codziennym". Tam dowiedzieli się, że córka właścicieli - Marlena, została właśnie Prefektem Naczelnym w Hogwarcie. Solennie obiecała zająć się Gilderoy'em i Veronicą w pociągu i na początku nauki. Potem mogli już wracać do Dziurawego Kotła na spotkanie ze Smethley'ami, choć mama wciąż nie kupiła Gilderoyowi, bardzo ważnej rzeczy:
- Synku, nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, że taką sową, szczurem, nietoperzem, a nawet ropuchą trzeba się dobrze opiekować, karmić codziennie...
- Myślisz, że bym nie potrafił? - zagadnął Gilderoy, dostrzegając w tym promyk nadziei.
Viola Lockhart zrobiła minę jakby dokładnie tak myślała, ale zamiast dać jednoznaczną odpowiedź zapytała tylko:
- Wysłałeś już prezent bratu na urodziny?
- Nie - odparł zdawkowo.
- No widzisz, a to tylko raz w roku - zaczęła się śmiać mama. - I ty chcesz mieć zwierzaka.
- Mamo - powiedział Gilderoy bardzo poważnie - brat to najgorsze zwierzę, jakie można mieć. Nic dziwnego, że jest za darmo. Ale chętnie wymieniłbym go na dwa psidwaki.
- Synu...
I w końcu się przełamała i Gilderoy dostał sowę.
- Tylko przysyłaj w miarę często listy - śmiał się Constantine Rookwood, gdy jego wnuk raz po raz dziękował za prezent. - Przynajmniej nie padnie z głodu.
- Dziadku! - przerwał mu Gilderoy. - Mamo, jakbyś dała jej na imię?
Viola Lockhart spojrzała na brązowo-kremowego puchacza:
- Desdemona - odparła bez mrugnięcia okiem.
W swojej teorii na temat rodzeństwa, Gilderoy utwierdził się, gdy spędził więcej czasu z Veronicą i Natalią Smethley. Natalia była mała, ruda i dwa lata młodsza od nich. W dodatku miała mnóstwo piegów i irytujący zwyczaj paplania bez przerwy i bez sensu.
Veronicę, z którą wcześniej częściej się spotykał, Gilderoy nawet lubił. Choć była zasadnicza, nieco przemądrzała i wszystko kalkulowała, do młodszej siostry miała takie samo podejście jak on do brata, głównie dlatego udawało im się porozumieć. Nie była też tak bezczelnie ruda jak jej siostra - włosy miała kasztanowe. Za to oczy! - oczy jej były w kolorze ciemnego miodu. Żartowała też z ciągłych podejrzeń matki, jakoby mąż ją zdradzał i była dużo weselsza od samej Emily Sparrow.
Wieczorny spacer po posiłku ulicą Pokątną, aż za Bank Gringotta i z powrotem Oazą Przepychu byłby całkiem przyjemnym zakończeniem dnia, gdyby nie nadpobudliwa Natalia. Mamy pogrążone w rozmowie, zupełnie nie zwracały uwagi na jej zachowanie, a dziadek musiał iść do sklepów dokupić do wyposażenia wnuka miedzianą wagę z odważnikami (którą Gilderoy, rano zostawił w domu) i kryształowe fiolki, bo potrzaskały się podczas podróży Błędnym Rycerzem. Użeranie się ze smarkatą siostrzyczką przypadło w udziale Veronice, a co za tym idzie - Gilderoy'owi.
- Na szczęście jutro będę już w Hogwarcie i nie będę musiała jej oglądać przez kilka miesięcy - mruknęła starsza panna Smethley, gdy Natalia dostała ataku złego humoru, usiadła na ziemi i zaczęła kopać nogami, bo sklep, do którego chciała wejść był zamknięty. I nawet jej matka nie mogła jej uspokoić.
- I dlatego nie chcę mieć rodzeństwa. Rodzeństwo jest przereklamowane - stwierdził Gilderoy, przyglądając się tej scenie.
Mama nic nie odpowiedziała.
Poranek pierwszego września był deszczowy i mama mocno się nagimnastykowała, zanim udało się jej wyciągnąć Gilderoy'a z łóżka.
- Zbieraj się szybko kolego - zawołał dziadek, wpadając na chwilę do ich pokoju. - Dzisiaj twój wielki dzień!
- A babcia przyjdzie, żeby mnie odprowadzić?
- Niee... - odparł zdawkowo dziadek.
- Dlaczego?
- Jakby to powiedzieć... - Dziadek szukał pomocy u córki, ale ta za bardzo była zajęta przeszukiwaniem kufra Gilderoy'a. - Babcia nie uważa za dobry pomysł tego, żebyś uczył się w Hogwarcie. To nic takiego - dodał, widząc rozszerzające się ze zdumienia oczy wnuka. - Twoją mamę też nie za bardzo chciała tam wysłać.
Gilderoy już miał zadać kolejne pytanie, gdy rozległ się huk oznaczający zatrzaśnięcie wieka kufra.
- Synku, gdzie dałeś swoją szatę zimową? - zapytała mama. - Jestem pewna, że ją spakowałam.
Chłopiec zrobił przepraszającą minę:
- Wyciągnąłem ją w domu i zapomniałem schować z powrotem.
- Cały ojciec - podsumowała mama.
Bynajmniej, nie był to komplement.
Gilderoy nie wiedział jak dziewczyny to robią, że już od samego rana są w pełne energii. Podczas, gdy jego głowa niemal wpadała do kubka z kakao, Natalia i Veronica już toczyły zażarte spory. Kulminacją konfliktu było wylądowanie pomidora z tosta Natalii w talerzu jej starszej siostry. Dopiero wtedy Emily Sparrow uznała za stosowne upomnieć młodszą córkę. Dziewczyny jeszcze bardziej ożywiły się, gdy do Dziurawego Kotła wkroczył ich ojciec:
- Przecież muszę odprowadzić moją córkę na pociąg - odparł na okrzyki zdumienia.
Oj, gdyby tak tata Gilderoy'a pamiętał o takich wydarzeniach. O tym, że jego syn jest w Hogwarcie pewnie przypomni sobie w okolicach Wielkanocy.
Mama dziewczynek zupełne zignorowała męża. Pewnie znów miała do niego o coś żal.
Chwilę później pojawiła się także Marlena ze swoją mamą.
- Pozwoliłyśmy sobie kupić dla was bilety na pociąg, który zawiezie was prosto na King's Cross - oznajmiła Amy Fortescue. Była mugolką, która poślubiła czarodzieja. - Tak będzie najszybciej.
- Pójdę pożegnać się z tatą, zgarnę Floriana i możemy wychodzić - dodała Marlena, bardzo ładna brunetka o długich falowanych włosach. - Muszę być na dworcu trochę wcześniej.
Florian, wbrew temu, co w pierwszej chwili pomyślał Gilderoy, nie był zwierzakiem dziewczyny, a jej młodszym, pucołowatym bratem, który rozpoczynał trzeci rok nauki. Byli rodzeństwem, które zaprzeczało wszystkim przekonaniom, jakich nabrał na ten temat Gilderoy. Choć nieustannie sobie dogryzali, robili to w bardzo sympatyczny sposób, z uśmiechem na ustach i żadne z nich się nie obrażało, co więcej, wyczuwało się między nimi ciepłe relacje.
Pogoda również była zmienna jak dusza dziewczyny (tudzież jak kochanki jego ojca). Podobno częste zjawisko w Londynie. Gdy opuszczali Dziurawy Kocioł po porannym deszczu nie było już śladu, za to nad budynkami świeciło już jesienne słońce. Nie umywało się to oczywiście do tej pory roku w Edynburgu, ale trudno było się nie zachwycić. Zwłaszcza, ze kufrem Gilderoy'a zaopiekował się dziadek, a sowę, o której omal nie zapomniał, niosła mama i Gilderoy mógł spokojnie, bez bagażu, przespacerować się Charing Cross Road. Nawet bez ciągłych jazgotów Natalii, od których bolała głowa, bo pan Smethley w przeciwieństwie do żony, potrafił zapanować nad córką.
- Mamo, czy to tutaj straszy? - zapytała Veronica, gdy przechodzili obok Garrick Theatre, podążając za Marleną i Florianem na dworzec Charing Cross.
Emily Sparrow jednak nie była dzisiaj w nastroju do rozmowy.
- Tak - odpowiedziała za nią Viola Lockhart. - Bourchier jest dość młodym duchem. Zmarł chyba w 1927 roku. Był czarodziejem, ale pracował jako menadżer w mugolskim teatrze, bo u nas nie było dla niego miejsca. Słyszałam, że słynie z poklepywania aktorów po ramieniu zanim wejdą na scenę. Wierzę, bo u nas też się kilka razy pojawił.
- A ty mamo, co? Doktorat z duchologii zrobiłaś? - zapytał Gilderoy.
- Można tak powiedzieć - odparła tajemniczo.
Dziadek tylko pokiwał głową ze smętnym uśmiechem.
W podróży mugolskim pociągiem nie było nic nadzwyczajnego. Wypełniony był zmęczonymi ludźmi, którzy jeśli nie czytali, to przyglądali się dziwnie zamkniętej w klatce sowie. Jakby nie mogli zainteresować się kotem Veroniki! Dwa razy przejechali nad rzeką - mama twierdziła, że to Tamiza, a potem po długiej podróży podziemnym tunelem wysiedli na King's Cross, dokładnie na peronie dziewiątym.
Zapakowali kufry na przyprowadzone wózki bagażowe, Florian w przypływie rycerskości zaproponował siostrze, że zaopiekuje się również jej kufrem, i ustawili się przy barierce między peronem 9 i 10.
- I co? Gotowy? - zapytał Gilderoy'a dziadek.
Chłopiec spojrzał na mamę. Skinęła głową z lekkim uśmiechem.
- Tak - odpowiedział pewnie.
- No to ruszaj.
Rozpędził wózek prosto na barierkę i zamknął oczy. O dziwo, po raz pierwszy, wszystko poszło zgodnie z planem. Gdy podniósł powieki, stał już na zupełnie innym peronie, przy czerwonym pociągu, ginącym w obłokach pary. Napis na tabliczce głosił "Peron 9 i 3/4", a zegar nad nią wskazywał punktualnie godzinę dziesiątą. Tuż za nim pojawiła się mama pod rękę z dziadkiem.
- Chodźcie na początek pociągu! - zawołała Marlena, która dotarła tutaj przed nimi.
Do odjazdu pociągu mieli całą godzinę, może dlatego nie było tutaj jeszcze tłumów i można było przebierać w miejscach.
Panna Fortescue wybrała im przedział tuż za tymi, które zarezerwowano dla prefektów.
- Będę musiała patrolować cały pociąg, ale w ten sposób będziecie stale pod opieką - wyjaśniła im, gdy dziadek z panem Smethley'em wnosili bagaże.
W tym momencie Gilderoy sobie o czymś przypomniał i jak strzała wypadł z pociągu.
- Mamo! - wysapał, mając nadzieję, że jak zawsze o wszystkim pomyślała. - Masz mój bilet na pociąg?
- Mam - odparła Viola Lockhart z trudem powstrzymując śmiech i poprawiając synowi wystający spod swetra kołnierzyk. - A do kufra dołożyłam ci przysmaki dla sów. Proszę, spróbuj jej nie zagłodzić...
Gilderoy nie przypuszczał nawet, ze tak trudno będzie mu rozstać się z mamą. Ostatecznie spędził przy niej całe swoje dotychczasowe życie. Stał tak, obserwując jak peron zapełnia się innymi uczniami Hogwartu. Czasami zerkał na Veronicę i trochę było mu głupio, że trzyma się lepiej od niego. Wiedział też, że mama cały czas mu się przygląda, ale ile razy on na nią spojrzał, odwracała wzrok.
Gdy zegar wskazał za kwadrans jedenastą nie dbając już o nic złapał ją za rękę. Zacisnęła dłoń na jego palcach.
- Chyba czas wsiadać - oznajmił dziadek chwilę później. Veronica już ściskała się ze swoimi rodzicami na pożegnanie.
Mama szybko sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej bilet. Wsunęła go do woreczka ze wsiąkiewki i wrzuciła tam też kilka naprędce wygrzebanych galeonów. Potem zawiesiła go na szyi Gilderoy'a na długim rzemyku, mówiąc:
- Dbaj o siebie, skarbie.
Objął ją bardzo mocno. W końcu rozdzielił ich dziadek, przytulił szybko wnuka i wpakował go do pociągu. Marlena zatrzasnęła za nim drzwi. Gilderoy przebiegł do swojego przedziału i stanął przy oknie, akurat w chwili, gdy rozległ się potężny gwizd i pociąg pomału ruszył. Machał na pożegnanie mamie, teraz już przyciśniętej do boku dziadka, aż stacja nie zniknęła im z oczu.
- Mam dla was po bloku ciasta czekoladowego z orzechami - powiedziała Marlena, wręczając im zapakowane jak prezenty pudełka. - Muszę poinstruować prefektów, więc zajrzę do was później.
- Jak przyjdzie czarownica z wózkiem ze słodyczami, to kupcie sobie waniliowe paszteciki i po butelce soku dyniowego - dodał zza jej pleców Florian. - Co prawda wieczorem w szkole będzie uczta, ale podróż jest długa. - Może też weźcie po tabliczce czekolady. Dodaje energii.
I pobiegł za swoimi kolegami.
- Szalony - skwitowała Marlena, wychodząc.
W przedziale zostali tylko Gilderoy i Veronica. Przez chwilę obserwowali szybko uciekające w tył przedmieścia Londynu i kłęby dymu wydobywające się z komina lokomotywy. Chłopiec czuł się dziwnie onieśmielony. Nie wiedział czy ma to związek z rozstaniem z mamą, rychłym przybyciem do Hogwartu, czy też bliską obecnością Veronicy, którą po raz pierwszy został sam na sam.
- Jak tam? - zapytał głupio, gdy nie można było dłużej milczeć.
- Po mojej stronie spokojnie. Nie pada. A u ciebie? - zapytała z lekkim uśmiechem.
Onieśmielała go. I nie był to powód do dumy. Zwłaszcza, że jego tata zdążył już dorobić się opinii największego casanovy teatru. Znowu odwrócił wzrok.
- Martwisz się czymś - skwitowała to zachowanie Veronica. - Pewnie nie daje ci spokoju ta cała Ceremonia Przydziału.
- Tak - odpowiedział szybko Gilderoy. Przecież nie przyzna się o czym naprawdę myśli. - Nie wiem nawet jak się te przydziały odbywają, a...
- Nic strasznego - przerwała dziewczyna. - Tata mi mówił, że zakładasz na głowę jakaś starą czapę... Co prawda może być trochę brudna, ale to da się przeżyć... No więc, wkładasz ją na głowę i czekasz na...
- Na wyrok - wpadł jej w słowo Gilderoy. - I widzisz, nie mam na to zupełnie wpływu...
- Bezpośredniego nie, ale..
- Coś dla was moi drodzy? - W drzwiach pojawiła się wspomniana już wcześniej "czarownica z wózkiem".
- Poprosimy o dyniowy sok, czekoladę... - Gilderoy nie mógł się skupić. W pierwszej chwili myślał, że będzie to jakieś stare, grube babsko, a ta kobieta nie miała nawet trzydziestu lat. Była zgrabna, miała malinowe usta...
- I paszteciki waniliowe - dokończyła za niego Veronica. - Myślę, że osiem nam wystarczy. Gilderoy, lubisz smak pomarańczy?
- Eee, co? - nie do końca zrozumiał to pytanie.
- Nie ma po co kupować dwóch czekolad na jedną podróż, a jest tutaj moja ulubiona z kandyzowaną skórką pomarańczową, nie wiem czy ją zjesz...
- Może być - odparł szybko.
- Tego soku dyniowego dwie butelki. Gilderoy, zapłać, zaraz ci oddam.
Gdy czarownica nie miała jak wydać z galeona, dokupił jeszcze kociołkowe pieguski, żelowe węże, "wampirki" wypełnione sokiem malinowym i kilka czekoladowych żab. Przydadzą się później.
Ponieważ w całym przedziale siedziała tylko ich dwójka, nie uznali wcześniej za stosowne umieścić kufrów na półkach bagażowych. Nie miał więc najmniejszych problemów z umieszczeniem w nich dodatkowych zakupów. Veronica na swoim trzymała nogi i zawzięcie odliczając sykle i knuty, kontynuowała przerwaną rozmowę:
- O tym, do którego domu trafisz decyduje przede wszystkim charakter. A że charakter jest zmienny, dodatkowo też posiadane przez nas umiejętności i... z tego co wiem, czasami też pochodzenie. - Zanurkowała pod siedzenie za monetą, która jej uciekła. - Więc jakiś tam pośredni wpływ, na to gdzie trafisz, masz. - Dodała, gdy wróciła na swoje miejsce. - Gdzieś też słyszałam, że ewentualnie tiara słucha próśb delikwenta, ale średnio w to wierzę.
- No widzisz, a ja nie wiem, gdzie trafię - odparł Gilderoy, odbierając od niej drobne. - I nie chciałbym tam być bez nikogo znajomego. A znam tylko dzieci pracowników opery. I to nie najlepiej.
- Spokojnie - powiedziała Veronica, mocując się z zakrętką butelki z sokiem dyniowym i spojrzała mu w oczy. - Ja ze swojej strony zrobię wszystko, żeby być tam, gdzie ty.
Na szczęście w tym momencie na "rutynową kontrolę" wpadła Marlena.
- Widzę, że zastosowaliście się do rad Floriana - powiedziała, przyglądając się zakupionym przez nich słodyczą. - Jeśli dacie rady, to nie wybierajcie się na razie do toalety. Jakiemuś idiocie wypadła tam łajnobomba. Podobno przez przypadek. Potrzebujecie czegoś?
Pokręcili głowami.
- Gdybym była waz potrzebna, to tuż obok w przedziale jest stale jakiś prefekt. Zawsze mnie znajdzie - dodała i szybko się oddaliła.
- No widzisz, nie tylko tobie zdarzają się dziwne wypadki - skwitowała Veronica, mistrzyni ciętej riposty.
- Jak się wabi twój kot? - zapytał Gilderoy, obserwując prężącego się na jej kolanach, ciemnobrązowego zwierzaka. Wolał nie wdawać się w dyskusję, o których jego "wypadkach" już wie, a w ciągu ostatnich kilku miesięcy było ich sporo.
- Albert - odpowiedziała, jakby czytając w jego myślach. - Ale mówię na niego Bertie.
Ciekawe.
- A twoja sowa? Ma dziwnie wyłupiaste oczy. Nazwałabym ją Dziwożona.
- Dlaczego?
- Piękna średniowieczna czarownica, która lubiła palić się na stosie. Naprawdę nazywała się Wendelina. Zamrażała promienie i udawała, że ją parzą. Podobno darła się w niebogłosy, a jej ulubionym zabiegiem artystycznym był właśnie, o taki, wytrzeszcz oczu...
Wymownie zademonstrowała ten gest i rzeczywiście bardzo przypominała teraz jego sowę. Oboje wybuchli śmiechem. Sowa została przechrzczona na Desdemona Dziewożona, w skrócie Dedziemona lub Dedzia, a Veronica oficjalnie uznana za jej matkę chrzestną. Za to ośmielony bezpośredniością koleżanki Gilderoy, zaczął jej opowiadać o tym jak męczył mamę o psidwaka, o pufka, i o... miotłę, ale jakoś zawsze mu odmawiała.
Marlena zajrzała jeszcze dwukrotnie. Raz, gdy zaczęło się ściemniać, aby powiedzieć im, żeby przebrali się w szkolne szaty, a drugi, zaledwie kilka minut później, by poinformować, że mają zostawić w przedziale kufry i zwierzaki.
- Nic im się nie stanie - dodała, gdy zobaczyła ich wystraszone miny. - Kiedy dotrzecie do swoich dormitoriów, już będą tam na was czekały. A teraz idę zobaczyć, czy Florian nauczył się wiązać krawat.
Gilderoy spojrzał na swój. Wisiał bezładnie na jego szyi cały wymiętolony.
- Ech, ja to zrobię - westchnęła Veronica, znów trafnie odczytując jego myśli. - Nie wiem jak ty sobie poradzisz bez mamy. Dobrze, że ja jestem w pobliżu.
W istocie, na razie dobrze.
Przepuścił ją w drzwiach, gdy na korytarzu rozległ się komunikat: "Za pięć minut będziemy w Hogwarcie. Proszę zostawić bagaże w pociągu, zostaną zabrane do szkoły osobno". Chyba tak zachowują się dżentelmeni.